Przed przystąpieniem do czytania skonsultuj się ze swoim psychiatrą lub bioenergoterapeutą.

wtorek, 6 marca 2012

Dom dziecka

Miałem dzisiaj zajęcia w domu dziecka. Obawiałem się tych zajęć. Obawiałem się tego, co tam można zobaczyć. Na szczęście nie było aż tak źle.

Zajęcia odbywały się w ośrodku, gdzie przebywają dzieci w wieku od niemowlaka do 10 lat. Najpierw było seminarium wprowadzające (miłym zaskoczeniem była przygotowana dla nas kawa i herbata) na temat skąd te dzieci są, jaka jest procedura adopcyjna, jakie mają tutaj warunki, jak są wychowywane, jak wszyscy starają się dać im namiastkę prawdziwego domu etc. Większość tych dzieci pochodzi z rodzin patologicznych, zaniedbanych. Dużo też jest porzuconych ze względu na choroby wrodzone (np. FAS) i  przewlekłe. Obecnie (według tego co usłyszałem) mało jest sierot biologicznych, czyli takich co nie mają rodziców. Zdecydowanie przeważają dzieci, które rodziców posiadają jednak nie potrafią (z różnych przyczyn) podołać tej roli.

Po seminarium poszliśmy obejrzeć dzieci. Słowo 'obejrzeć' nie jest chyba najlepszym określeniem, a zostało użyte przez asystentkę. To nie są przecież eksponaty w muzeum, które ktoś przychodzi pooglądać.

Moja grupa poszła obejrzeć dzieci młodsze - do lat 3. Najpierw zwiedziliśmy ich kuchnię, łazienkę, pokoje. Przyznam szczerze, że byłem zaskoczony warunkami. Naprawdę poczuć się można było jak w domu. Wszystko czyste, odremontowane, pomalowane. Jeden z kolegów stwierdził, że niektórzy pewnie tak w swoim domu mogą nie mieć. I to jest prawda.

Same dzieci różnie reagowały na wizytę gości. Jedni podchodzi, chcieli być brani na ręce, inni przestraszeni uciekali do kąta. Widać było jak bardzo im brakuje miłości, poczucia bliskości rodzica. Serce przy takich maluszkach by każdemu zmiękło.

Starsze dzieci nazywają wszystkich ciociami i wujkami. Akurat moja grupa ich 'nie oglądała', bo poszły już do szkoły. Wychowawca mówił, że dzieci są już tak wyczulone, że kiedy przychodzi jakaś para to od razu widzą w nich potencjalnych rodziców. Na studentów tak nie reagują. Wiadomo przecież, że im starsze dziecko tym jego szanse na adopcje maleją. A jeśli jest obciążone jakąś chorobą to te szanse jeszcze bardziej maleją. Podobno jest tam chłopiec chory na hemofilię, który nie raz już mówił, że wie że przez chorobę nikt po niego nie przyjdzie. Taki mały dzieciaczek, a już sobie zdawał sprawę, że życie nie jest wcale proste.

Przez to wszystko przypomniał mi się film "Stuart Malutki" :))

7 komentarzy:

  1. współczuje , chyba nie dałbym rady.
    Nie rozumiem skojarzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W "Stuarcie" też był motyw z domem dziecka... ale ze szczęśliwym zakończeniem.

      Usuń
  2. niestety, życie nie jest kolorowe a my czasami tylko możemy się przyglądać, bo pomóc nie ma jak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I w takich momentach cieszę się z tego co mam ...

      Usuń
  3. Niesamowite jest to jak mądre są takie dzieciaki. Sama jestem wolontariuszką w domu dziecka i widzę jakie one są wspaniałe.. Niestety serce się kroi jak pomyśli się o tym, że rodzice nie mieli wystarczająco dużo siły/chęci aby je wychować.
    Pozdrawiam,J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, że widok takich dzieci każdego rozłoży na łopatki. Na szczęście nie było tam tak źle jak się spodziewałem. Warunki naprawdę mają dobre (przynajmniej w tej placówce gdzie byłem). W lecie są organizowane grille dla starszych dzieci i one wtedy zapraszają kolegów ze szkoły, dostają także kieszonkowe aby uczyły się zarządzać pieniędzmi, darmowe wejścia do zoo. Jest trochę sponsorów co pomaga finansowo (funduje wakacje dwa razy do roku). Tylko niestety nic nie zastąpi im miłości której one potrzebują.

      Usuń
  4. Też bym obawiała się takich ćwiczeń. Niestety życie jest brutalne,a le uważam dla wielu z nich to dobre rozwiązanie. Opiekunowie na pewno starają sie im dać troche miłości, dbają i troszczą sie o nie, lepiej niż rodzice.

    OdpowiedzUsuń