Przed przystąpieniem do czytania skonsultuj się ze swoim psychiatrą lub bioenergoterapeutą.

niedziela, 3 września 2023

Sobotni dyżur

Sobotni dyżur na występach gościnnych zaczął się od pacjenta na sali neurochirurgicznej. Właściwie to przyszedłem na gotowe, bo kiedy ja wszedłem na blok operacyjny to operator zaczął grzebać już pacjentowi w głowie. Mi zostało spisywanie ciśnień. Do czytania też nic pod ręką za bardzo nie miałem. Czasu miałem aż nadto, więc przy okazji sprawdziłem w systemie co ciekawego zabiegowcy planują na dzisiaj. Ortopedia dwa zabiegi (to już było wiadome w piątek, że się nie wyrobią), położnictwo jeden i na deser urologia.

Pierwsi zameldowali się ginekolodzy, aby skorzystać z moich usług. Mają cięcie cesarskie do obstawienia.
Ja: Jak pilne jest to cięcie?
Ginekolog: Planowe.
Hmm... planowe cięcie w sobotę... niech będzie.
Ginekolog: Kiedy byłoby to możliwe?
Ja: Teraz mam neurochirurgię na stole. To chwilę potrwa.
Ginekolog: Tak koło 11 dałoby radę?
Ja: Do 11 to mogą jeszcze w głowie grzebać. Bardziej koło południa. Tylko od razu mówię, że wcześniej musimy zjeść śniadanie.

Usłyszałem po drugiej stronie westchnienie niezadowolenia. No cóż... na głodnego jest niezdrowo pracować.
Ginekolog: Aaa... pacjentka sobie po szóstej rano kawę wypiła zanim przyjechała.
Ja: No to przed 12 na pewno dziecka nie urodzi.

Ledwo ginekologom przedstawiłem program dnia odezwał się ortopedał. Już po głosie rozpoznałem, że to mój faworyt jeśli chodzi o 'szybkość' operowania. Ten to ma szczęście do mnie w weekendy. Za to ja pecha.
Ortopedał: Mam dwóch pacjentów. Artroskopię kolana i złamane udo.
Ja: No i?
Ortopedał: Najpierw zrobimy złamanie, a później kolano.
Ja: To nie wcześniej niż popołudniu. Ginekolodzy byli pierwsi. O ile urologia się nie wepchnie ze swoim pacjentem, bo nie wiem co oni tam mają. Jak jakiś septyczny to będą chcieli to zrobić w miarę szybko. Narazie się jeszcze w tej sprawie nikt nie odezwał.
Ponownie usłyszałem westchnięcie niezadowolenia.

Po późnym śniadaniu poszedłem na porodówkę. Wczesnym popołudniem, w  bezbólowych okolicznościach na tym nędznym padole pojawił się kolejny obywatel - rzekomo syn pierworodny mężczyzny, który siedział obok i pacjentkę trzymał za rękę (matki mogłem być pewien, że to jej dziecko, ale z ojcem to przecież nigdy nie wiadomo). Natomiast dziecku (nie pytałem o płeć, bo to w dzisiejszych czas nie wiadomo jaka będzie i kto będzie o tym decydować) średnio podobała się zmiana miejsca zamieszkania, bo wrzeszczał strasznie jakby go ze skóry obdzierali. Ale to może panikarz po matce.

Trochę nam się już to wszystko przeciągnęło i ortopedały zrzucili swoją artroskopię kolana na niedzielę. Przy czym utrzymywali, że złamanie nadal chcą zrobić dziś.

Koło 14 zaintubowałem im pacjenta. Nie obyło się bez komplikacji akurat po mojej stronie. Pacjent nie chciał się zwiotczyć. Później nie chciał się dać zaintubować. Sama operacja odbyła się bez fajerwerków. Jeden ortopedał pozwolił operować ortopedałowi in spe, co sprawiło, że operacja trwała dwa razy dłużej niż planowano. Żeby nie było nudno to rozdzwonił się mój telefon. Chirurdzy naczyniowi postanowili sobie rewizję pachwiny zrobić i przy dobrych wiatrach to mogą nawet by-pass robić, ale maksymalnie w trzy godziny się wyrobią. I chcieliby to w miarę szybko zrobić, więc jak ortopedały skończą to oni by byli następni w kolejce.

Wzruszyłem ramionami. Próbowałem po głosie rozpoznać, który to naczyniowiec dzwoni - chyba ten młody i opalony. Mi tam w sumie bez różnicy kogo będę znieczulać. Tak optymistycznie pomyślałem, że jak robota żwawo będzie szła to najdalej koło 21 będzie już fajrant.
Moje rozważanie przerwała instrumentariuszka, która podała mi swój telefon. Spojrzałem na nią przerażony.
Ja: Kto dzwoni?
Instrumentariuszka: Alex.
Ja: Jaki Alex?
Instrumentariuszka: Neurochirurg.
Ja: Powiedz, że nie ma mnie dla nikogo.

Niechętnie podjąłem rozmowę. Alex chce się wepchnąć w kolejkę, bo ma jakiegoś pacjenta, któremu musi w miarę szybko dziurę w głowie wywiercić. I to nie jedną, ale dwie. Ogólnie uważam, że to mało koleżeńskie. On już dzisiaj operował. Niech da też szanse innym egoista.

Godzinę później wjechał pan pacjent rodzaju męskiego na salę numer jeden. Ja rurę wsadziłem, a Alex zaczął bawić się swoją wiertarką. W międzyczasie urolodzy postanowili zlać swojego pacjenta ciepłym moczem i przesunęli założenie DJ na dzień kolejny. Dowiedziałem się o tym przypadkiem, bo mnie nie raczyli zawiadomić. Zresztą rano też nie zawiadomili mnie, że mają kogoś do endoskopii, więc ja oficjalnie nic o tym nie wiedziałem. Wychodzę z założenia, że to zabiegowcy mają się mi meldować, a nie ja im, bo zauważyłem jakiś punkt na planie operacyjnym.

Oddawałem się mojej standardowej pracy, czyli albo obgadywaniu wszystkich z pielęgniarką anestezjologiczną (a przyznam, że miałem na dyżurze jedną z fajniejszych) albo spisywaniu ciśnień. Czasem tę monotonną pracę przerywał mi telefon. Najczęściej od ortopedów, że coś wcisnęli jeszcze na poniedziałek i trzeba spremedykować. Jak znajdę chwilę to zejdę na oddział. A dobrze wiedziałem, że nie znajdę.

Był już wieczór. O czym przypomniała mi dyżurna koleżanka z ITSu.
Koleżanka z ITSu: Żyjesz tam?
Ja: Żyję, ale co to za życie... Cały dzień przy robocie.
Koleżanka z ITSu: Co robicie?
Ja: Dwie dziury w głowie.
Koleżanka z ITSu: Kto operuje?
Ja: Alex.
Koleżanka z ITSu: O Jezuuuuuuu...
Ja: No właśnie...
Koleżanka z ITSu: Bo my tu chcieliśmy zjeść kolację i się zastanawiamy czy wpadniesz.
Ja: No u mnie to tak z godzinę potrwa. Jedna dziura jest już wywiercona, ale zanim go obudzę to potrwa to.
Koleżanka z ITSu: To może przysłać ci szefa, żeby cię zmienił?
Ja: Nie. Godzinę wytrzymam i zrobię przerwę zanim naczyniówka wjedzie.
Koleżanka z ITSu: To jeszcze coś masz?
Ja: Niestety. Plan mi się zmienia bardzo dynamicznie.

Było już po 19 kiedy pana pacjenta obudziłem. Był w lepszym stanie niż  przed zabiegiem, więc wydaje się, że pomysł, aby zrobi mu trepanację był całkiem słuszny. Zresztą ja rzadko poddaję w wątpliwości diagnozy zabiegowców. Jeszcze dobrze nie oddałem pacjenta na IMC, a nie wiedzieć czemu na bloku zmaterializował się kolejny pacjent. Kto kurwa po niego już zadzwonił i nie zapytał mnie o zdanie? Oczywiście winnego nie było. Ja stwierdziłem, że idę na ITS zjeść kolację. Jak już wcześniej wspomniałem, niezdrowo pracować głodnym.

Nie było mnie dobre pół godziny, a nawet dłużej. Zaczynałem się zastanawiać czy już wszyscy kurwami rzucają, że mnie nie ma. Z drugiej strony gdyby bardzo się niecierpliwili to ktoś by zadzwonił do mnie. Ja przynajmniej zjadłem dwie bułki i z kolegami powspominałem mojego Erasmusa, więc ewidentnie czasu na głupoty nie marnowałem.

Zespół operacyjny też czasu nie marnował, bo ktoś pacjenta położył na nieodpowiednim stole. Całe manewrowanie stołami, przekładanie pacjenta poszło całkiem sprawnie podczas mojej nieobecności. W sumie to mogłem jeszcze zjeść jogurt.

Obejrzałem papiery pacjenta, przeciwwskazań do znieczulenia nie znalazłem. Rurę wsadziłem. Podłączyłem NA, bo ciśnienie nieco spadło. Naczyniowcy obłożyli sobie pole operacyjne. Omówiliśmy ile to może potrwać. Zerknąłem na zegarek.Teoretycznie o północy powinienem już leżeć na służbowej kanapie.

Przyglądałem się zza szmaty kolegom co tam robią. Kiedy minęła pierwsza godzina operacji nie miałem wątpliwości, że o północy to raczej nóg na kanapie nie będę jeszcze wyciągać.
Pielęgniarka anestezjologiczna: Co masz taki niezadowolony wyraz twarzy?
Ja: Może on jest przystojny i opalony jeszcze bardziej po urlopie, no i ma ładne oczy, ale ni chuja, do północy to on się nie wyrobi.
Pielęgniarka anestezjologiczna: Więcej optymizmu.
Ja: Na dyżurach jestem realistą.

I mój realizm się sprawdził. Przynajmniej miałem czas, aby obejrzeć sobie ślubne zdjęcia operatora na facebooku. Przyznam, że garnitur miał w ładnym kolorze. Minęła pierwsza kiedy przy dźwiękach Eltona Johna w duecie z Duą Lipą obudziłem pacjenta. Przystojny naczyniowiec pomógł nam zgrabnie przetransportować pacjenta na szpitalne łóżko i już po chwili pacjent był w drodze na IMC.

Poszedłem do dyżurki po moje rzeczy. Instrumentariuszki jakiś jabłecznik jadły, zapytały nawet czy chcę kawałek, ale jedzenie w środku nocy nie jest dobre. Zwłaszcza dla mojego zgrabnego tyłka.

Ja: To co dziewczyny. Idziemy na dół do endoskopii?
Instrumentariuszka: Coś nowego się pojawiło?
Ja: Nie. Urolodzy zrzucili pacjenta na jutro. A jutro już jest dzisiaj, że tak sobie zażartuję. Udanego weekendu. Mam nadzieję, że dzisiaj się już nie spotkamy. Do zobaczenia we wtorek.

2 komentarze:

  1. Tyle lat minęło, a tego bloga nadal czytam z zaciekawieniem. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  2. Super, że jeszcze pojawiają się tu nowe wpisy. Sprawdzałem ostatnio jak trzymają się blogi medyczne które kochałem czytać w liceum i marząc o takim życiu na studiach xD Marzenie spełnione bo aktualnie jestem na 4 roku leku ;D Lecę czytać stare wpisy, w tle odpalę sobie jakiś set z Ibizy z dobrym trensem i będę zanurzał się w nostalgii XD

    OdpowiedzUsuń