Tematem dzisiejszej lekcji jest: Syndrom studenta I roku medycyny.
Aniołeczki, Słoneczka i Kwiatuszki!!
Na mojej liście blogów, które czytam i komentuję jest dużo odnośników do blogów studentów medycyny. Studenci medycyny to podobno specyficzny gatunek ludzi. Właściwie nie podobno tylko tak jest. Rzekomo koledzy z prawa też bywają osobliwi w swojej osobowości, aczkolwiek nie uświadczyłem tego mimo że imprezuję z nimi (właściwie to z nią :P) - Dyplomatko, jeśli masz namiary na blogi swoich kolegów i możesz podrzucić to chętnie poczytam o Waszych ekscesach:))
Jakiś czas temu miałem okazję trafić na blog studentki I roku kierunku lekarskiego (nie mam go zlinkowanego, więc szukać go u mnie na próżno). Przewertowałem kilka stron i stwierdziłem, że blog w porządku, niczym specjalnym się nie wyróżniał od innych czytanych przeze mnie w tej tematyce, ale jeszcze się mu przyjrzę jak się rozwija akcja, zanim dodam go do mojej listy.
Mówisz, czekasz, masz. Akcja się rozwinęła.
Parę dni temu pojawił się post, który skomentowałem tak jak tytuł mojego obecnego wywodu. Rzadko mam okazję poczytać felietony takich fachowców i znawców kunsztu jaki mam zamiar uprawiać w przyszłości. Autorka ubolewa nad tym jacy to lekarze są niedouczeni, nie znają się na lekach, na chorobach, na łacinie i kto wie na czym jeszcze. Istna gehenna. Toż to już student I roku wie to wszystko, a nawet więcej.
Na I roku (ups przepraszam, po I roku) to ja też już myślałem, że coś wiem o medycynie i każdą decyzję lekarza poddawałem w wątpliwość, z tym że umiałem swoje zdanie wyrazić na odpowiednim poziomie.
Śmiem twierdzić, że niezależnie od kierunku, to na każdych studiach po I roku jeszcze niewiele się wie odnośnie tego co się będzie robić po ich zakończeniu.
Autorka w odpowiedzi na mój komentarz stwierdziła, że nie ma żadnego syndromu i ponownie wylała swoje żale jaki to świat medyczny jest zły i niepoprawny. Na koniec dodała, że lubi podczytywać mój blog. Cieszę się, że komuś moje wypociny się podobają, choć ja nikogo do czytania nie mam zamiaru namawiać.
Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję. To że ktoś czyta moje posty i mu się podobają i nawet mnie o tym poinformuje, nie oznacza że ja w ramach wdzięczności będę cudzy blog słitaśnie i cukierkowo komentować, z myślą zatrzymania przy sobie czytelnika (w drugą stronę działa to tak samo). Jeśli masz odwagę i potrzebę uzewnętrzniania się (w tym przypadku w sieci) to należy mieć na uwadze że nie wszyscy się z Tobą zgodzą i nie będą Ci przyklaskiwać. Ja nie oczekuję, że każdy czytelnik będzie podzielał moje zdanie, a wręcz przeciwnie, wolę kiedy pojawią się oponenci i wywiążę się dyskusja.
Wróćmy jednak do naszej zabawy xD
Ja nie miałem zamiaru kwestionować kompetencji lekarzy na których owa blogerka trafiła. Stawać po ich stronie lub przeciw nim. Nie o tym, nie o tym, nie o tym prawiłem w swoich komentarzach. Zasugerowałem tylko, że kiedyś zmieni zdanie i że należałoby trochę spuścić z tonu i spokornieć, a nie rzucać oskarżenia nie mając do tego podstaw merytorycznych. Medycyna trwa 6 lat. Ale to wcale nie znaczy, że po I roku (czy też w trakcie) ma się już o niej pojęcie w 1/6. Po I roku jest się niewiele mądrzejszym niż przed - zasadniczo większość odróżnia głowę od ręki, wie gdzie jest serce, a gdzie znajduje się śledziona.
Na co w odpowiedzi przeczytałem mrożącą krew w żyłach historię z życia wziętą o złej diagnostyce i o zadufanych w sobie studentach z wyższych lat (później twierdziła że nie chodzi o studentów, a o lekarzy; mniejsza z tym). Za serce chwytają takie opowieści - proponuję zgłosić się do pewnej komercyjnej stacji telewizyjnej, oni tam lubią ekranizować takie trudne sprawy.
Ja widząc, że powoli zaczyna się walka z wiatrakami dałem sobie jednak jeszcze jedną szansę i ponownie wspomniałem o tym, że może lepiej trochę spokornieć i przemyśleć co się pisze. Oceniać kogoś jest najłatwiej, a szczególnie jeśli się o czymś nie ma pojęcia.
Zamiast na spokojnie przeczytać to co napisałem, zastanowić się co chciałem przekazać, to dostałem kolejną porcję przypadków o niedouczonych lekarzach. Zaiste jakiegoż to wielkiego pecha miała nasza pisareczka w swoim jestestwie, że trafiła na lekarza co nie wiedział co to jest klarytromycyna.
Klarytromycyna to taki antybiotyk z grupy makrolidów. Dla zobrazowania sytuacji niemedycznym czytelnikom to chodzi mniej więcej o to, że dajmy na ten przykład licencjonowany nauczyciel historii nie wie kiedy była bitwa pod Grunwaldem... choć nie... nie tyle co nie wie, ale nawet o niej nie słyszał. Myślał by kto?
Wg niej "znaczny % służby zdrowia jest niedouczony vel głupi".
Mocne słowa. W jakiej to ja niewiedzy egzystowałem do tej pory. Co za niebywałe szczęście, że trafiłem na tego bloga, bo inaczej żyłbym jak w Ciemnogrodzie.
Gwoli ścisłości zapytam: Znaczny to znaczy ile?? 20? 30? 40? 50? i na jakiej podstawie takie oceny??
Ciekawe ile z tego znacznego odsetka stanowi jej kadra akademicka?
Komentować mi się dalej nie chciało, bo zauważyłem, że to rzucanie grochem o ścianę. Ja o chlebie, ona o niebie. Niech sobie żyje w swoim świecie. Ma do tego prawo.
Całą sytuację ogólnie puściłem w niepamięć, aż do niedzieli kiedy to pojawił się kolejny wpis, którego treść pozwolę sobie tutaj przytoczyć:
Primo: nie doktor, do dyplomu mam jeszcze kawałek, a do doktoratu jeszcze dalej;
Secondo: nie twierdziłem, że lekarze nie popełniają błędów (czy jak Ty to stwierdzasz pierdolą swoją robotę);
Terzo: jaka idylla?
Już określenie przypałętał bynajmniej nie jest w dobrym tonie. Jeśli nie chcesz mieć bloga ogólnodostępnego, aby nieproszone osoby go nie czytały, to jest odpowiednie narzędzie mające na celu ograniczenie wejścia osobom niemile widzianym.
Cóż, czytanie ze zrozumieniem najwyraźniej nie jest Twoją mocną stroną - matura z polskiego nie była wymagana przy rekrutacji na lekarski, więc nie ma co się dziwić, że później ktoś taki zostaje lekarzem. Adekwatność Twojego wpisu do zaistniałej sytuacji delikatnie mówiąc nie pasuje .
Otóż droga studentko I roku: w swojej zajebistości bycia studentką medycyny tak się zachłystasz tym faktem, że wyżej srasz niż dupę masz i w dodatku nie potrafisz tak wysoko ręką sięgnąć, aby się dobrze podetrzeć. To jest właśnie syndrom studenta I roku. Ciekawe czy masz na tyle odwagi żeby swoje gorzkie żale zaśpiewać bezpośrednio lekarzowi w twarz?? Z takim podejściem jaki prezentujesz masz świetne predyspozycje, aby wzmocnić znaczne grono wg Ciebie niedouczonej kadry w białym fartuchu. Skoro jesteś taka świetna i obeznana, to czemu w Twoich postach nie można się doczytać, że masz same piątki?? Co z Ciebie będzie za lekarz, jeśli nie masz perfekcyjnie opanowanego podstawowego materiału?? Strach będzie do Ciebie trafić!!
Zacznij wymagać najpierw od siebie, a później od innych. Jak chcesz oceniać kompetencje innych lekarzy, to najpierw może nim zostań. Wiadomości jakie prezentujesz w swoich wypowiedziach są na poziomie prasy brukowej dla kobiet.
Kiedyś drJot pisał o jakimś trzeciorocznym studencie, co zebrało mu się na udzielanie porad w pociągu jako wielki znawca medycyny. Nie dziwię się, że doktora szlag trafiał jak słyszał co taka osoba mówi (używając Twojego języka powinienem napisać pierdoli). Podejrzewam, że po przeczytaniu Twoich druzgocących historii z życia wziętych Jot mógłby mieć podobne odczucia.
W medycynie jest jak w kinie. Wszystko się tutaj może przydarzyć i o pomyłkę nietrudno. Nie myli się ten co nic nie robi.
Lekarze popełniają błędy - jest to fakt niezaprzeczalny i wynika z wielu przyczyn. Ty też je będziesz popełniać o ile skończysz te studia. Ciekawe ilu Twoich pacjentów będzie Cię wówczas wyzywać od głupków i idiotów??
Drodzy studenci medycyny, roku pierwszego zwłaszcza!!
Jak już tak połykacie te wszystkie wielkie książki medyczne to uważajcie żebyście czasem wszystkich rozumów z rozpędu nie pozjadali, bo jeszcze Wam razem z kulturą i szacunkiem dupą uciekną. Savoir-vivre nawet w minimalnej ilości jeszcze nikomu nie zaszkodził.
Oczywiście nie generalizuję, że wszyscy się tak zachowują jakby już nie wiadomo na czym się znali lub co potrafili. Zdecydowana większość zna swoje miejsce w szeregu, potrafi się zachować i myśli zanim coś powie. Niestety przykład powyższego indywiduum buduje stereotypowy obraz zarozumiałego studenta, który uważa się za nie wiadomo kogo, bo na medycynę się dostał. Z tego powodu na ogół rzadko nowo poznanym osobom mówię na jakim jestem kierunku.
Koniec lekcji.
Ps. Widać, że egzamin mam niedługo, nieprawdaż?? xD
Na I roku (ups przepraszam, po I roku) to ja też już myślałem, że coś wiem o medycynie i każdą decyzję lekarza poddawałem w wątpliwość, z tym że umiałem swoje zdanie wyrazić na odpowiednim poziomie.
Śmiem twierdzić, że niezależnie od kierunku, to na każdych studiach po I roku jeszcze niewiele się wie odnośnie tego co się będzie robić po ich zakończeniu.
Autorka w odpowiedzi na mój komentarz stwierdziła, że nie ma żadnego syndromu i ponownie wylała swoje żale jaki to świat medyczny jest zły i niepoprawny. Na koniec dodała, że lubi podczytywać mój blog. Cieszę się, że komuś moje wypociny się podobają, choć ja nikogo do czytania nie mam zamiaru namawiać.
Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję. To że ktoś czyta moje posty i mu się podobają i nawet mnie o tym poinformuje, nie oznacza że ja w ramach wdzięczności będę cudzy blog słitaśnie i cukierkowo komentować, z myślą zatrzymania przy sobie czytelnika (w drugą stronę działa to tak samo). Jeśli masz odwagę i potrzebę uzewnętrzniania się (w tym przypadku w sieci) to należy mieć na uwadze że nie wszyscy się z Tobą zgodzą i nie będą Ci przyklaskiwać. Ja nie oczekuję, że każdy czytelnik będzie podzielał moje zdanie, a wręcz przeciwnie, wolę kiedy pojawią się oponenci i wywiążę się dyskusja.
Wróćmy jednak do naszej zabawy xD
Ja nie miałem zamiaru kwestionować kompetencji lekarzy na których owa blogerka trafiła. Stawać po ich stronie lub przeciw nim. Nie o tym, nie o tym, nie o tym prawiłem w swoich komentarzach. Zasugerowałem tylko, że kiedyś zmieni zdanie i że należałoby trochę spuścić z tonu i spokornieć, a nie rzucać oskarżenia nie mając do tego podstaw merytorycznych. Medycyna trwa 6 lat. Ale to wcale nie znaczy, że po I roku (czy też w trakcie) ma się już o niej pojęcie w 1/6. Po I roku jest się niewiele mądrzejszym niż przed - zasadniczo większość odróżnia głowę od ręki, wie gdzie jest serce, a gdzie znajduje się śledziona.
Na co w odpowiedzi przeczytałem mrożącą krew w żyłach historię z życia wziętą o złej diagnostyce i o zadufanych w sobie studentach z wyższych lat (później twierdziła że nie chodzi o studentów, a o lekarzy; mniejsza z tym). Za serce chwytają takie opowieści - proponuję zgłosić się do pewnej komercyjnej stacji telewizyjnej, oni tam lubią ekranizować takie trudne sprawy.
Ja widząc, że powoli zaczyna się walka z wiatrakami dałem sobie jednak jeszcze jedną szansę i ponownie wspomniałem o tym, że może lepiej trochę spokornieć i przemyśleć co się pisze. Oceniać kogoś jest najłatwiej, a szczególnie jeśli się o czymś nie ma pojęcia.
Zamiast na spokojnie przeczytać to co napisałem, zastanowić się co chciałem przekazać, to dostałem kolejną porcję przypadków o niedouczonych lekarzach. Zaiste jakiegoż to wielkiego pecha miała nasza pisareczka w swoim jestestwie, że trafiła na lekarza co nie wiedział co to jest klarytromycyna.
Klarytromycyna to taki antybiotyk z grupy makrolidów. Dla zobrazowania sytuacji niemedycznym czytelnikom to chodzi mniej więcej o to, że dajmy na ten przykład licencjonowany nauczyciel historii nie wie kiedy była bitwa pod Grunwaldem... choć nie... nie tyle co nie wie, ale nawet o niej nie słyszał. Myślał by kto?
Wg niej "znaczny % służby zdrowia jest niedouczony vel głupi".
Mocne słowa. W jakiej to ja niewiedzy egzystowałem do tej pory. Co za niebywałe szczęście, że trafiłem na tego bloga, bo inaczej żyłbym jak w Ciemnogrodzie.
Gwoli ścisłości zapytam: Znaczny to znaczy ile?? 20? 30? 40? 50? i na jakiej podstawie takie oceny??
Ciekawe ile z tego znacznego odsetka stanowi jej kadra akademicka?
Komentować mi się dalej nie chciało, bo zauważyłem, że to rzucanie grochem o ścianę. Ja o chlebie, ona o niebie. Niech sobie żyje w swoim świecie. Ma do tego prawo.
Całą sytuację ogólnie puściłem w niepamięć, aż do niedzieli kiedy to pojawił się kolejny wpis, którego treść pozwolę sobie tutaj przytoczyć:
"Z nowości - na bloga przypałętał się kolega wielki doktor, który pojąć nie może, że lekarze również czasami pierdolą swoją pracę. Kolega pożyje trochę, zachoruje kilka razy, trafi do szpitala, w którym nie ma znajomości i rozwieje się jego idylliczna wizja. Póki co, prosimy kolegę o wstrzymanie się od głosu."Nie byłbym sobą gdybym o tym publicznie nie wspomniał. Dawno się nie uśmiałem tak jak kiedy to przeczytałem. Już sam język (w tym a także i w poprzednich wypowiedziach) świadczy o wzbiciu się na wyżyny kultury przez autorkę. Ja zostałem przez moich rodziców lepiej wychowany i potrafię wyrażać się na poziomie.
Primo: nie doktor, do dyplomu mam jeszcze kawałek, a do doktoratu jeszcze dalej;
Secondo: nie twierdziłem, że lekarze nie popełniają błędów (czy jak Ty to stwierdzasz pierdolą swoją robotę);
Terzo: jaka idylla?
Już określenie przypałętał bynajmniej nie jest w dobrym tonie. Jeśli nie chcesz mieć bloga ogólnodostępnego, aby nieproszone osoby go nie czytały, to jest odpowiednie narzędzie mające na celu ograniczenie wejścia osobom niemile widzianym.
Cóż, czytanie ze zrozumieniem najwyraźniej nie jest Twoją mocną stroną - matura z polskiego nie była wymagana przy rekrutacji na lekarski, więc nie ma co się dziwić, że później ktoś taki zostaje lekarzem. Adekwatność Twojego wpisu do zaistniałej sytuacji delikatnie mówiąc nie pasuje .
Otóż droga studentko I roku: w swojej zajebistości bycia studentką medycyny tak się zachłystasz tym faktem, że wyżej srasz niż dupę masz i w dodatku nie potrafisz tak wysoko ręką sięgnąć, aby się dobrze podetrzeć. To jest właśnie syndrom studenta I roku. Ciekawe czy masz na tyle odwagi żeby swoje gorzkie żale zaśpiewać bezpośrednio lekarzowi w twarz?? Z takim podejściem jaki prezentujesz masz świetne predyspozycje, aby wzmocnić znaczne grono wg Ciebie niedouczonej kadry w białym fartuchu. Skoro jesteś taka świetna i obeznana, to czemu w Twoich postach nie można się doczytać, że masz same piątki?? Co z Ciebie będzie za lekarz, jeśli nie masz perfekcyjnie opanowanego podstawowego materiału?? Strach będzie do Ciebie trafić!!
Zacznij wymagać najpierw od siebie, a później od innych. Jak chcesz oceniać kompetencje innych lekarzy, to najpierw może nim zostań. Wiadomości jakie prezentujesz w swoich wypowiedziach są na poziomie prasy brukowej dla kobiet.
Kiedyś drJot pisał o jakimś trzeciorocznym studencie, co zebrało mu się na udzielanie porad w pociągu jako wielki znawca medycyny. Nie dziwię się, że doktora szlag trafiał jak słyszał co taka osoba mówi (używając Twojego języka powinienem napisać pierdoli). Podejrzewam, że po przeczytaniu Twoich druzgocących historii z życia wziętych Jot mógłby mieć podobne odczucia.
W medycynie jest jak w kinie. Wszystko się tutaj może przydarzyć i o pomyłkę nietrudno. Nie myli się ten co nic nie robi.
Lekarze popełniają błędy - jest to fakt niezaprzeczalny i wynika z wielu przyczyn. Ty też je będziesz popełniać o ile skończysz te studia. Ciekawe ilu Twoich pacjentów będzie Cię wówczas wyzywać od głupków i idiotów??
Drodzy studenci medycyny, roku pierwszego zwłaszcza!!
Jak już tak połykacie te wszystkie wielkie książki medyczne to uważajcie żebyście czasem wszystkich rozumów z rozpędu nie pozjadali, bo jeszcze Wam razem z kulturą i szacunkiem dupą uciekną. Savoir-vivre nawet w minimalnej ilości jeszcze nikomu nie zaszkodził.
Oczywiście nie generalizuję, że wszyscy się tak zachowują jakby już nie wiadomo na czym się znali lub co potrafili. Zdecydowana większość zna swoje miejsce w szeregu, potrafi się zachować i myśli zanim coś powie. Niestety przykład powyższego indywiduum buduje stereotypowy obraz zarozumiałego studenta, który uważa się za nie wiadomo kogo, bo na medycynę się dostał. Z tego powodu na ogół rzadko nowo poznanym osobom mówię na jakim jestem kierunku.
Koniec lekcji.
Ps. Widać, że egzamin mam niedługo, nieprawdaż?? xD