Przed przystąpieniem do czytania skonsultuj się ze swoim psychiatrą lub bioenergoterapeutą.

piątek, 29 czerwca 2012

Rejestracja lekarzy

Dzisiaj jest zakończenie roku, więc wszystkie dzieci biegają z kwiatkami do szkoły po swoje świadectwo. Także i ja odebrałem z dziekanatu dokument potwierdzający ukończenie studiów.

Odbiór dokumentu przebiegał bezproblemowo - no może poza tym, że dziekanat zastrzegał sobie prawo dwóch tygodni na wypisanie jednego świstka z moimi danymi, średnią i kilkoma pieczątkami. W dziekanacie na szczęście nie było kolejki i po paru minutach już byłem z papierkiem w ręce w drodze do Dolnośląskiej Izby Lekarskiej (DIL).

Do DILu musiałem się udać, aby się zarejestrować jako lekarz (jak widać nie tylko pacjenci się rejestrują:P). Uradowany, że w dziekanacie nie straciłem cennego czasu liczyłem, że tak samo będzie w Izbie. I się przeliczyłem. W DILu musiałem swoje odstać. Ponad godzinę czekałem na moją kolej. Nie tyle co na moją, bo wykorzystując nieuwagę innych ominąłem parę osób. No dobraaa, trochę się w kolejkę wepchłem :P

czwartek, 28 czerwca 2012

Czwartkowy wakacyjny świt

Co można robić w czwartkowy wakacyjny świt??
Ja mam jedną prostą, krótką odpowiedź: spać!!

Widać nie wszyscy mają takie pomysły na życie. Już od 8.35 próbowano postawić mnie na nogi. Skoro udało mi się odebrać telefon, jednym okiem patrząc kto dzwoni, to odpowiedź na pytanie: śpisz?? jest chyba oczywista, że nie. Później przyszło kilka smsów z informacjami, które mogły spokojnie zaczekać do popołudnia; no może poza jednym bardzo miłym smsem xD 

Zaczynałem mieć wrażenie, że wszyscy zmówili się przeciwko mnie, bo jeszcze miałbym zbyt dobrze w życiu. Ja wiem, że zwykle byłem lepiej poinformowani niż inni, ale pragnę zauważyć, że są wakacje i nie należy mnie traktować jako biuro informacyjne - przynajmniej w okresie urlopowym:P

Kolejna próba ściągnięcia mnie z łóżka nastąpiła o 9.55, która trwała 27 sekund. Akurat moje szczęście do mnie zadzwoniło powiedzieć mi dzień dobry xD Takie telefony to mogę codziennie odbierać, aczkolwiek dzisiaj nie pogadaliśmy sobie zbyt długo, bo nie dałem się wyrwać ze stanu uśpienia jeszcze przez godzinę :P

wtorek, 26 czerwca 2012

Zawaliłem

Od kliku dni trwa cudowne zauroczenie, które chciałbym aby przerodziło się w coś jeszcze bardziej wspanialszego. Historia jest tak banalna, że aż niewiarygodna. Wszystko dzieje się w tak zaskakująco błyskawicznym tempie, że zaczynam nie nadążać. Wariuję i to ze szczęścia. Z każdą minutą zauroczenie jest coraz większe. Ale wszystko co dobre, nie może trwać za długo prawda?? Weekendowe rozstanie jakoś przetrwaliśmy.  Jednak szara rzeczywistość o sobie bardzo szybko dała znać.

Niedziela wieczór - pierwsza sprzeczka. Trochę smutków, trochę złości, trochę bulwersu. Do rana przeszło. Mi przeszło, bo to ja się zdenerwowałem... trochę niepotrzebnie. Gupek ze mnie i tyle!

Nieszczęścia muszą oczywiście chodzić parami (a nawet stadami) i wystarczyło poniedziałkowe popołudnie, aby znowu się coś zepsuło. Tym razem moja 100% wina. Pomyliłem daty i okazało się, że piątek jednak wypada w środę. Cały plan, o który się posprzeczaliśmy w niedziele szlag trafił w ciągu paru sekund.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

6 lat minęło

6 lat ...
54 miesiące studiowania ...
5 miesięcy praktyk wakacyjnych ...
12 sesji egzaminacyjnych ...
niezliczona ilość kolokwiów i zaliczeń ...
mnóstwo imprez, spotkań towarzyskich, rozmów do rana...
minęło ...

I skończył się najlepszy okres w życiu. Teraz już zostaje tylko codzienna rutyna do emerytury.

niedziela, 24 czerwca 2012

VI ROK

Bliżej końca niż początku. Teraz to na mnie osoby z I roku patrzyły jak na bogów, tak samo jak ja będąc na ich miejscu patrzyłem na studentów ostatniego roku.

Na temat ostatniego roku za dużo pisać nie będę, bo wszystko można dokładnie przeczytać na blogu. Nie był to zbyt ciężki rok mimo dużej ilości egzaminów. Dzięki Erasmusowi w pierwszym semestrze odpadły mi: ginekologia i położnictwo, anestezjologia i neonatologia, więc miałem gratisowe 5 tygodni wolnego i dwa egzaminy w zimie mniej.

To był jedyny rok kiedy dla odmiany mieliśmy zajęcia zblokowane. Ja tak trochę byłem już przyzwyczajony po Erasmusie do takiej formy studiów. Duża zaletą jest to, że w ciągu tygodnia (najdalej dwóch) można się pożegnać z przedmiotem, którego się nie lubi. Te kilka dni na raz można się przemęczać, niż myśleć, że np. w każdy czwartek mam ginekologię, której nie lubię.

Patrząc obiektywnie to pierwszy semestr był zdecydowanie trudniejszy. A dla mnie najgorsza była ta pediatria. Tym bardziej, że sesja zimowa pokrywała nam się z zajęciami, więc większość po zajęciach wracała do domu i siedziała nad książkami. W drugim semestrze już było o wiele mniej zajęć i sami widzieliście, że od świąt praktycznie tylko się uczyłem do egzaminów, które były łatwiejsze lub trudniejsze (patrz: psychiatria). Najfajniej wspominam laryngologię i medycynę sądową - zarówno zajęcia jak i egzaminy.

Na życie towarzyskie również był czas (w sesji letniej nawet bardzo dużo tego czasu było). Zawsze jakieś zajęcia można było odrobić i bez problemu zaplanować sobie jakiś wyjazd. 

sobota, 23 czerwca 2012

V ROK

V rok spędziłem na Erasmusie na egzotycznej wyspie we Włoszech. Jeśli miałbym jeszcze raz podejmować decyzję to zrobiłbym dokładnie to samo. Specjalnie jeszcze raz o Erasmusie się rozpisywać nie będę, bo już o tym było zaraz po tym jak się z Italią żegnałem. Zainteresowanych odsyłam do postu pt. Erasmus?? Why not??

Widziałem w statystykach nie raz, że ktoś trafiał na mojego bloga poprzez zapytanie: Czy warto jechać??
Odpowiedź brzmi: Naprawdę warto jechać!! Nie ma się co zastanawiać tylko należy pakować walizkę!!

W Polsce natomiast V rok dał ludziom popalić. Podobno ciężki był jak rok III. Zajęcia codziennie od rana do 15, a czasami coś po południu i oczywiście jeszcze fakultety. Sesja też do lekkich nie należała (poza zimową), bo do zdania były choroby zakaźne, neurologia, interna i chirurgia. I w zależności kto jakiego egzaminatora wylosował miał mniej lub bardziej źle.

piątek, 22 czerwca 2012

IV ROK

Po zakończeniu mikrobiologicznego i diagnostycznego szaleństwa nastał upragniony IV rok. Rok gdzie już większość zajęć stanowiły przedmioty kliniczne na oddziale. Główną część teorii mieliśmy już za sobą. Czułem że już jest coraz bliżej końca niż początku.

IV rok według mnie był najlepszym rokiem na całych studiach. Idealny czas na rozwijanie swoich pasji i zainteresowań, prowadzenia życia towarzyskiego, wyjazdów na sympozja i konferencje czy też zakochania się.

Na IV roku w listopadzie mieliśmy półmetek. Impreza zrobiona w stylu studniówki, czyli dziewczyny w sukienkach, a panowie w garniturach. Elegancka sala, ładnie przystrojone stoły, piękna zastawa, orkiestra i my studenci IV roku (z osobami towarzyszącymi). Studia medyczne są uważane za elitarne przez niektórych. Niestety zachowanie niektórych kolegów na pewno by ich z tej elity skreśliło. Nie ma co ukrywać, ale czy ktoś mądry czy nie to jak ma wyjść z niego chamstwo to wyjdzie prędzej czy później. Obsługa sali skomentowała zachowanie niektórych osób: gorzej niż maturzyści. I mieli rację. Ja też sobie popiłem na tej imprezie. Razem z koleżanką kupiliśmy sobie 0,7l na całą noc. Wystarczyło nam żeby się dobrze bawić, być w świetnym humorze, wypić toast ze znajomymi, nie mieć problemów żołądkowych i nie przynieść sobie wstydu.

Zajęcia na uczelni były od poniedziałku do czwartku, zwykle najpóźniej do 11.30. Raz w tygodniu farmakologia była po południu, ale czasu wolnego nie brakowało. Jak dla mnie IV rok to były totalne wakacje - tym bardziej, że na III roku był dla mnie istny zapierdziel, więc należał mi się odpoczynek. Nauki trochę było, ale na pewno nikt się specjalnie nie przemęczał - przynajmniej nie ja :P  W każdej sesji był tylko jeden egzamin.

Jako, że już umiałem zbadać pacjenta to zacząłem bardziej się udzielać w kołach naukowych. W drugim semestrze (a i w wakacje też mnie nie brakowało) to na naczyniówce siedziałem non stop, w międzyczasie bywając na zajęciach. Na IV roku miałem już wiele okazji zobaczyć, czy wręcz "dotknąć" prawdziwej medycyny. I za każdym razem coraz bardziej się upewniałem, że to jest to co chcę robić w życiu.

Wiele uczelni ma zajęcia kliniczne zblokowane. Ja miałem standardowy plan: poniedziałek interna, wtorek chirurgia itd... Oczywiście każdy system prowadzenia zajęć ma swoje wady i zalety, ale jakby nie patrzeć to w czwartek o 10.30 zaczynałem weekend.

czwartek, 21 czerwca 2012

III ROK

III rok był dla mnie najtrudniejszy. Jak się skończył to bardzo się ucieszyłem, bo miałem już serdecznie dość. Może też nie tyle, że naukowo było jakoś trudno (choć lekko nie było), ale ogólnie jakoś byłem zmęczony. Poza tym przedmioty jakie mieliśmy nie były dla mnie w większości atrakcyjne.

Pierwszy semestr do świąt spędziłem standardowo na melanżu. Ogólnouczelniane imprezy trochę straciły na wartości, bo porobiły się kółka różańcowe i ludzie bawili się w swoim mniejszym towarzystwie. Kolokwia szły do przodu bez większego wysiłku, ale sesja zimowa to była najgorsza jaką miałem na studiach. Fizycznie nie dawałem rady, bo trochę problemów ze zdrowiem się zrobiło i niestety egzaminy były do powtórki, a jeden nawet podwójnie.

Plan zajęć był do dupy. Rano od 8 do 11, i później od 14 (lub 16) do 19, a w przerwie wykłady, na które nikt nie chodził. Siłą rzeczy po całym dniu człowiek padał na pysk. A tu jeszcze przygotowania na drugi dzień wymagano

III roku był preludium do zajęć klinicznych na późniejszych latach. To tutaj był nasz pierwszy kontakt z pacjentem. To tutaj zdobywaliśmy podstawy badania lekarskiego, które będziemy wykorzystywać przez całe życie.

Na III roku też rozpocząłem przygodę z kołami naukowymi. Wybrałem chirurgię naczyniową (w końcu zostałem zaproszony przez przewodniczącą), chirurgię ogólną, i koło internistyczno-angiologiczne. Miałem okazję poza zajęciami zobaczyć prawdziwą medycynę. Szczególnie upodobałem sobie chirurgię naczyniową.

środa, 20 czerwca 2012

II ROK

Po przebrnięciu przez Nomina anatomica drugi rok wydawał mi się już prostą drogą (choć jeszcze bardzo bardzo daleką) do prawdziwej medycyny. Plan zajęć bardzo mi się podobał. W środę popołudniu zaczynałem weekend. Wszystkie zajęcia miałem skumulowane w pierwsze 3 dni, najpóźniej do 15. Samych przedmiotów za dużo nie miałem. Przy odrobinie szczęścia, dniach rektorskich to można było sobie tydzień wolnego zrobić. W porównaniu do kolegów na innych uczelniach to ja miałem takie mini-wakacje.

Życie towarzyskie bardzo się rozwijało. Atrakcji nie brakowało. Weekendy były mocno imprezowe - kluby, domówki, plener. Sam nie jedną imprezę do białego rana zorganizowałem. I te nasze sławne powroty o świcie przez Wyspę Słodową. Integracja między grupami była na najwyższym poziomie. Aż chciało się studiować xD A to dopiero był II rok, więc i tak większość zabawy była jeszcze przede mną.

Na II roku dostałem też awans z szeregowego użytkownika na administratora forum. Forum było kopalnią wiedzy jak przetrwać każdy przedmiot. Organizowanie forumowych imprez to była moja specjalność.

wtorek, 19 czerwca 2012

I ROK

Opijanie studiów i urodzin mam już za sobą. Czas na małe wypominki-wspominki jak to było do początku.

Decyzja o pójściu na medycynę zapadła w drugiej klasie gimnazjum. Pewnego dnia rano obudziłem się, podniosłem z łóżka, spojrzałem w bezchmurne niebo i stwierdziłem: będę lekarzem. Po gimnazjum poszedłem oczywiście do biol-chem'u i cały czas szykowałem się pod maturę na medycynę. Oczywiście biologii nie lubiłem, ale tu chodzi o to żeby umieć a nie lubić.

niedziela, 17 czerwca 2012

Koko koko Czech jest spoko

Wczorajszą nocną porą przez całą Polskę przeszła ogromna fala euforii. Powodem tego było kiepskie zwycięstwo Czechów z chłopcami, których ktoś nie wiedzieć czemu nazywa kadrą narodową. Ja meczu nie oglądałem wolę inne kabarety. Na piłce się nie znam, w przeciwieństwie do 95% Polaków co się obecnie uważa za ekspertów od kopania nadmuchanej szmaty; ale poczytałem trochę w internecie na ten temat. 

Właściwie to powinniśmy być Czechom wdzięczni, że w ogóle pozwolili nam w czasie meczu pokopać piłkę. Pewnie zrobili to z grzeczności, wszak gramy na swoim stadionie to niech się Polacy choć chwilę pobawią. Czyżby też dlatego strzelili nam dopiero jedynego gola w drugiej połowie?? Jakby za dużo punktów zdobyli w pierwszej połowie to jeszcze by się nam smutno zrobiło, a tak możemy wspólnie świętować ich szczęście. Czyż to nie piękne?? Wszak liczy się duch sportowej walki xD

Człowiek strzela, Pan Bóg piłkę nosi xD

sobota, 16 czerwca 2012

Boska komedia

Był bankiet. Była impreza. Były chipsy. Był alkohol. Była tequila. Były shoty. Były poważne rozmowy. Były tańce, hulanki, swawole. Byłem Ja i współorganizator Bart xD

Wystrojony jak woźny na rozpoczęcie roku udałem się na przyjęcie. Planowana godzina rozpoczęcia imprezy była 21. Ze względu na mecz przesunęła się o jakieś dwie godziny do przodu. To, że akurat czekaliśmy sobie z kolegą dwie godziny w klubie to pominę. Przynajmniej wygodne były fotele :P

Moja znajomość italiańskiego nie podupadła przez ten rok jak myślałem. Właściciel klubu jest Włochem. Zaczął ze mną rozmawiać po angielsku, ale nie szło mu to za bardzo. Jak zaczęliśmy dyskutować w jego ojczystym języku to od razu łatwiej nam się było dogadać. I nawet chętnie dzięki temu negocjował ze mną ceny na barze i mieliśmy o dychę taniej na butelce. Wódki urodzinowej dla gości nie żałowaliśmy :))

Trochę mieliśmy pecha, bo jak się okazało w klubie miał być wieczór hiphopowy. Więc po jakimś czasie też i do DJ'a poszedłem negocjować muzykę. W związku z tym, że nasza ekipa stanowiła zdecydowaną większość nie robił problemu (tylko by spróbował :P). Dlatego też mogliśmy się bawić przy dźwiękach Murzyna na łódce czy Lambady. A i Siekiera miała swoje 5 minut. Jak się dziś okazało ja swoje 5 minut na podeście też miałem:] Część osób i tak ze względu na muzykę przeniosła się do innego klubu, ale najwierniejsi przyjaciele zostali i świetnie bawiliśmy się nawet w małym gronie :))

piątek, 15 czerwca 2012

Houston mamy problem

- I jak Rafał wszystko gotowe na wielki wieczór??
- O tak, kupiłem spodnie i nową koszulę. Do tego jeszcze pasek i ...
- I ??
- I nie mam butów!! Zapomniałem o butach!!
- No to masz problem :]
- I to duży ...

Wyprawiam dziś wieczorem bankiet. Na tę okazję wybrałem się wczoraj po sprawunki do galerii handlowej, aby kreację sobie skomponować. Poza tym niebawem do Europy lecę to muszę jakoś wyglądać. Łaziłem po tych sklepach cholera wie ile czasu i w sumie to szału nie było. Naprawdę dawno tak nie miałem, żebym w większości sklepów nic nie przymierzył. Oczywiście miałem już względnie upatrzone spodnie w Zarze, na które fundusze już były złożone, ale nie zaszkodzi przecież kupić jeszcze coś innego.

Więc to coś innego stanowi: krótkie spodnie, pasek i koszula w paseczki. Koszula i pasek świetnie pasują do nowych jasnobeżowych spodni. Żeby atrakcji mi nie zabrakło to i tak musiałem pojechać do innego sklepu, bo ten w którym byłem nie miał mojego rozmiaru. Jak już kupiłem te upatrzone spodnie to tak się tym zachwyciłem, że kompletnie nie przyszło mi do głowy, że trzewików nie mam pod ich kolor. Dzisiaj akurat przechodziłem koło kilku sklepów z bucikami, ale od czasu wczoraj nędzy nic się nie zmieniło. Ostatecznie ubiorę czarne. Czarna klasyka pasuje do wszystkiego. A w klubie i tak ciemno będzie to nikt nie będzie dokładnie widział co mam na nogach. Wszak moje lico podziwiać wszyscy będą :P A jak zjadą nawet wzrokiem niżej to z zachwytu zatrzymają się na zgrabnym tyłku :D

środa, 13 czerwca 2012

"Panie doktorze"

Jeszcze z uczelnią się nie rozliczyłem, jeszcze wszystkich wpisów do indeksu nie zebrałem, a tutaj już odbieram telefony z zaproszeniem na konferencję. Nic w tym nie ma nadzwyczajnego, ale dziwnie się czułem jak pani przez telefon zwracała się do mnie: Panie doktorze.

Jak czasami pacjenci na zajęciach tak mówili to jakoś tak uwagi nie zwracałem na to, chyba że ktoś nadgorliwy to tłumaczyłem, że jestem (teraz mogę napisać byłem) studentem. A teraz jakby nie patrzeć przysługuje mi taka forma tytułowania grzecznościowego, bo naukowego to nie.

Panie doktorze, bo ja chciałam zaprosić pana na konferencję...
Panie doktorze, a jaką specjalizację pan robi bo w kolejnych miesiącach również będą zjazdy i może pana coś zainteresuje...
Panie doktorze, to ja prześlę materiały informacyjne na pańskiego maila... 
Panie doktorze...

Naprawdę dziwnie się czułem, tym bardziej że pani dzwoniąca mówiła to z taką powagą i szacunkiem jakby rozmawiała z jakimś medycznym autorytetem, mimo że sprostowałem że dopiero się wybieram na staż podyplomowy.

No nic, trzeba się będzie przyzwyczajać do tego xD

Sezon II - Z życia młodego absolwenta medycny

Wczorajszy dzień był kolejnym dniem przełomowym w moim życiu. Zakończył się kolejny etap nauki. Właściwie to zakończył się zasadniczy etap nauki. Do tej pory szkoła, a później studia stanowiły centrum mojego życia. Od wczoraj się to zmieniło.

Zmiany zaszły w życiu to i na blogu musi to być widoczne. Dlatego rozpoczynam nowy etap blogowania w odsłonie:

SEZON II

 Z życia młodego absolwenta medycyny
  czyli ostatnie wakacje po studencku


Z naciskiem na młody oczywiście xD
Sezon II będzie trwać do końca wakacji.

Stali czytelnicy na pewno zauważą zmiany i nie to nie tylko jeśli chodzi o tło. Zieleń to może bardziej na wiosnę by pasowała, ale tak chyba też jest ładnie i może być na lato, prawda?? Dodałem zakładki i trochę zmieniłem ogólny układ bloga. Czy na dobre to w ciągu najbliższych dni się okaże. Nowością będzie zwijanie tekstu - dłuższe posty będzie należało osobno otworzyć, aby całość przeczytać. Zastanawiam się nad dodawaniem etykiet do postów. Wszelkie sugestie mile widziane :))

wtorek, 12 czerwca 2012

6:0 - Rafał został lekarzem

Rafał vs Sesja - 6:0

Wynik jest jeszcze nieoficjalny, ale ostatni egzamin był formalnością, więc można uznać taki stan za faktyczny. Wszyscy już się cieszą to czemu ja miałbym nie dołączyć. Jak będą wyniki to się pochwalę jak mi poszło :)

Apdejt 13.06.2012:
Z egzaminu z medycyny rodzinnej dostałe 4,5 :)) Szczęśliwy długopis widać działa :D

Na uczelni panuje opinia:
"Jak zdasz anatomię na I roku to będziesz lekarzem.
Jak zdasz farmakologię na IV roku to wiesz już kiedy będziesz lekarzem."

16.08.2006 r. - na ten dzień jest datowane pismo z dziekanatu Wydziału Lekarskiego, że zostałem przyjęty na I rok studiów, tego dnia też zobaczyłem swoje nazwisko na tablicy z listą przyjętych, choć miałem już od tygodnia nieoficjalne informacje z komisji rekrutacyjnej;
20.06.2007 r. - tego dnia zdałem anatomię prawidłową;
14.06.2010 r. - tego dnia zdałem farmakologię;

Nie mogąc oszukać przeznaczenia w dniu 12.06.2012 AD (czyli dwa lata po farmakologii) zostałem lekarzem. Ot taki kaprys młodości sobie spełniłem :D Mogę sobie już przed nazwiskiem legalnie pisać sześć literek, dwie kropki i dwie spacje - lek. med.

Tak więc mogę już na portalach społecznościowych zmienić informację z student/średnie na wyższe. Ciekawe jak teraz moje notowania wzrosną :P

5:0

Rafał vs Sesja - 5:0

Łaskawie katedra psychiatrii wrzuciła wyniki z egzaminu. Próg zaliczenia wynosił 27 punktów. Na 50 punktów dostałem 34, co zagwarantowało mi ocenę 3,5. Tak więc tendencja spadkowa w jakości ocen się utrzymuje :P

Szerze mówiąc to nie jestem zadowolony za oceny. Uważam, że umiem na więcej. 16 dni zakuwania (i to porządnego) zasługuje na nieco wyższą notę - sami czytaliście jak stękałem przez cały ten czas. Tak po cichu miałem nadzieję na czwórkę. Poza tym jeśli robili krzywą Gaussa to wyszła im jakaś taka bardzo krzywa ... bo z wyników wychodzi, że od 42 punktów jest już 5. Dziwne w takim razie te widełki punktowe, ale to psychiatria i tutaj nic nie jest normalnie. Może coś jeszcze zmienią. Rok temu mieli taki cyrk, że pomylili klucze odpowiedzi i nie chcieli się do błędu przyznać.

Teraz tylko oczekiwać na wyniki z medycyny rodzinnej. Starsi znajomi mówią, że rodzinna to tylko formalność. I trudno się z tym nie zgodzić patrząc na dzisiejsze rodzinne występy. Wszak jest duża nadzieja, że wyniki będą dzisiaj :))
W każdym razie na razie urokom wakacji oddaję się w łóżku, bo spać mi się chcę :P

W A K A C J E

O 9:07 czasu miejscowego, po 3-miesiecznym sesyjnym zmaganiu, rozpocząłem: 

WAKACJE

Egzamin z medycyny rodzinnej odbył się w biało-czerwonych barwach z wiadomego powodu. Od lat jest na uczelni taka tradycja, że na ostatni egzamin pisemny studenci się przebierają. Rok temu motywem przewodnim były Hawaje, w tym roku bezkonkurencyjnie wygrało Euro. Na jednej z sal egzaminacyjnych profesor (któremu bardzo się ten pomysł spodobał) porównywał, która strona jest lepiej przebrana :))

Poziom pytań z rodzinnej bardzo nas zaskoczył. To chyba był pierwszy (i zarazem ostatni) egzamin, gdzie pytania w 100% się powtórzyły z zeszłego roku - zwykle tylko jakaś część się powtarzała. Poza tym siedzieliśmy w tak bliskiej odległości od siebie, że współpraca przebiegała bez problemu. Żaden z pilnujących asystentów nie okazał się Sędzią kaloszem, choć jeden próbował. Ja jak zawsze używałem do zakreślania odpowiedzi mojego szczęśliwego długopisu, który dostałem w prezencie od koleżanki na praktykach internistycznych po III roku. Za każdym razem (z dwoma wyjątkami) kiedy nim pisałem dostawałem min. 4,5.

Nadal niecierpliwie oczekuję na wyniki egzaminu z psychiatrii. Podobno 40 osób oblało i profesor zastanawia się nad obniżeniem progu. Kiedy to nastąpi to nie wiadomo... może nawet dzisiaj. Dlatego więc nie mogę jeszcze się pełnoprawnie tytułować lekarzem.

Po egzaminie zrobiliśmy wszyscy sobie pamiątkowe zdjęcia w sali wykładowej zakładu anatomii prawidłowej. Zakład anatomii prawidłowej zawsze przywoływał we mnie pozytywne wspomnienia z I roku. Unoszący się na korytarzach zapach formaliny nie jest spotkany w żadnym innym miejscu. Bardzo dobrze pamiętam jak siedziałem tam zdenerwowany pod gabinetem pani profesor w oczekiwaniu na najważniejszy egzamin na I roku. A dzisiaj chciało się powiedzieć do młodszych kolegów: Jeśli myślicie, że po zdaniu anatomii będzie już z górki to jesteście w błędzie, bo to dopiero początek :P

Teraz jeszcze tylko pozałatwiać formalności, pozbierać wpisy do indeksu, złożyć papieru do DILu i można lecieć do słonecznej Italii :))