Przed przystąpieniem do czytania skonsultuj się ze swoim psychiatrą lub bioenergoterapeutą.

piątek, 14 kwietnia 2017

Masa do biszkoptu

Jest piątek. Wielki. Rano troszeczkę było pochmurno i wiało, ale teraz świeci ładne słońce. I jeszcze trochę wieje. Nie ma tęczy. Marzyłem o tym piątku od jakiś dwóch, może trzech tygodni. Straciłem rachubę czasu. Nawet jak rozmawiałem z moją niedoszłą narzeczoną to się niechcący zorientowaliśmy że to już niebawem święta. Niebawem, że w sensie w tym tygodniu. Dobrze, że pamiętałem jak się nazywam, bo powoli przestawałem reagować jak ktoś mnie wołał. Jednym słowem życie na pełnych obrotach. Obym tylko dociągnął do urlopu.

W ostatnim tygodniu odliczałem dni, a później godziny, aby pożegnać mój pierdolnik na dłuższy czas (w sensie do wtorku). Ostatnio nieźle dostaliśmy wszyscy w kość z ilością roboty. Wczoraj to już było totalne szaleństwo, bo do 17:30 siedziałem na bloku. Fakt, że mieliśmy sytuację bardzo podbramkową i nie tylko ja musiałem klepać nadgodziny. Mnie przynajmniej zapytano czy mam czas i nie sprawi mi to problemu. Specjalnie nigdzie się nie spieszyłem, więc mogłem popilnować czy chirurdzy nie psują pacjenta. Albo pacjentki. Już sam nie pamiętam kogo miałem ostatniego na stole.

Marzyłem o dzisiejszym piątku, bo mogę sobie odetchnąć. Nie martwić się, że jutro mam coś ważnego do roboty poza świeceniem jajek. W ramach relaksacyjnego przygotowywania się do świąt zrobiłem ciasto. Kiedy przygotowałem masę, aby przełożyć nią biszkopt to mama stwierdziła, że jest za rzadka. Stwierdziłem, że można biszkopt pokroić na małe kawałki i każdy sobie będzie maczał. W żołądku to i tak wszystko będzie wymieszane i więc nie ma różnicy. Zawsze też można dodać odrobinę żelatyny.

Czas zabierać się za kolejne ciasto.

1 komentarz: